[RECENZJA] OCZY SZEROKO ZAMKNIĘTE

Nowy autorytaryzm„, Maciej Gdula, Krytyka Polityczna, Warszawa 2018

Recenzja ukazała się drukiem w czerwcowym numerze miesięcznika „Nowe Książki” (6/2018)

Macieja Gduli z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego przedstawiać nie trzeba. Badanie „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta” odbiło się szerokim echem we wszystkich poważniejszych mediach. 

Trzeba wykazać ogromną dawkę intencjonalnej ignorancji, aby przynajmniej pobieżnie nie orientować się w poruszanych tam kwestiach. Gdula wraz ze swoim zespołem dowiódł, że to nie pięćset złotych było (i jest) katalizatorem działań, które zmieniają Polskę. Niezależnie od oceny kierunku tychże zmian warto wiedzieć, gdzie tkwiły błędy wszystkich ekip politycznych po 1989 roku. A były one popełniane w ilościach hurtowych, w myśl starej zasady „najciemniej pod latarnią”.

Auto

Polska oficjalna lewica lat dziewięćdziesiątych ochoczo przyłączyła się do neoliberałów, głoszących modne wówczas poglądy, jakoby deregulacja, decentralizacja, obniżka podatków i wydatków, prywatyzacja i rynek miały być lekiem na całe zło poprzedniego systemu. „Solidarność” tylko w początkowym okresie swojego istnienia zgłaszała postulaty nawiązujące do tworzenia państwa na podstawie odpowiednio zmodyfikowanego modelu socjaldemokratycznego. Jeszcze przed ostatecznym upadkiem „komuny” dały o sobie znać wewnętrzne podziały, a pierwszy niezależny od sowietów rząd już bez zająknięcia zaakceptował rynkowy dogmat w jednym z najbardziej bezwzględnych wariantów. Dzisiejsza nieobecność lewicy w parlamencie ma swoje korzenie w wydarzeniach z tamtego okresu, a obserwowane rezultaty są tylko smutną, acz naturalną konsekwencją wąskich horyzontów i mielizn intelektualnych charakterystycznych (także) dla partii nazywanych lewicowymi. To rząd SLD obniżył podatki, otworzył drzwi dla umów śmieciowych, przymusowego samozatrudnienia czy przechodzenia na kontrakty menedżerskie. O ile w przypadku prezesa czy menedżera wyższego szczebla rozwiązania te można postrzegać jako użyteczne, o tyle w przypadku sprzątaczek, robotników czy wielu pracowników usług i handlu były ochoczo stosowane przez pracodawców (pardon, zleceniodawców) w celu obniżenia kosztów i przeniesienia odpowiedzialności na zatrudnianych przez nich pracowników (pardon, zleceniobiorców i niezależnych przedsiębiorców). Konszachty z Kościołem, wysłanie wojsk na wojnę w Iraku czy całkowita rezygnacja z kwestii równościowych dopełniły obrazu lewicy jako tworu zbędnego.

Polityka prowadzona prze rzekomo nowoczesną PO niewiele różniła się od polityki gospodarczej i społecznej charakterystycznej dla prawicy. Co prawda, była to prawica w wersji light, lecz w dalszym ciągu rozwiązania przez nią proponowane do złudzenia przypominały wczesne lata dziewięćdziesiąte. Niezbyt dobrze o wykształceniu prominentnych polityków Platformy świadczyły odpowiedzi na ludzkie skargi w postaci zarozumiałego stwierdzenia, że „takie są nieugięte prawa ekonomii”. Do klasyki internetowych memów przeszły słowa ówczesnego prezydenta, który na wątpliwości wyrażane przez młodego człowieka skarżącego się na warunki pracy i płacy swojej siostry odpowiedział, że powinna ona zmienić pracę i wziąć kredyt. Przeświadczenia o braku mocy sprawczej państwa stały w jaskrawej sprzeczności z postulatami od lat zgłaszanymi przez polskie społeczeństwo. Czym innym niż zaprzeczeniem rynkowej logiki są darmowe żłobki, przedszkola i szkoły? Wydaje się jednak, że przez ponad dwie dekady politycy konsekwentnie nie zauważali opcji odmiennych od neoliberalnych. Gotowość społeczeństwa do płacenia za procedury ratujące zdrowie i życie jest doprawdy wysoka. Wprost nie możemy doczekać się chwili, w której zawita do nas długo oczekiwany rynek i – przyprowadzając ze sobą koleżankę konkurencję – sprawi, że wszystko zacznie działać sprawnie.

Na całkowite niezrozumienie tęsknot wyborców nałożyły się zmiany technologiczne skracające dystans, likwidujące tradycyjne bariery, dające złudne poczucie anonimowości, wolności i braku odpowiedzialności. Gdula nie demonizuje internetu, lecz bardzo sprawnie pokazuje sposób, w jaki przeszliśmy z ery, w której dziennikarskie autorytety niedoskonale – ale wciąż – pilnowały poziomu dyskusji, do ery, którą mogę opisać jako „moje poglądy są najlepsze, bo są moje. I wcale się tego nie wstydzę”. Platforma przespała moment, kiedy należało rzucić znaczne siły na front internetowej bitwy, co doskonale wykorzystali politycy Prawa i Sprawiedliwości. Dobitnie widać to na przykładzie kampanii prezydenckiej z 2015 roku: jeden z kandydatów w „internetach” brylował, drugi zaś ledwo zaznaczał swoją obecność. Nawet liderzy partii umiejscawianych jeszcze dalej na prawo wyprzedzili spin doktorów Platformy, o SLD nie wspominając. Tłumaczy to zadziwiająco wysokie poparcie dla PiS-u wśród młodszych wyborców, którzy znaczną część wiedzy o bieżących wydarzeniach czerpią nie z gazet czy książek, ale z internetowych portali. Szkopuł w tym, że tego rodzaju instytucje działają według schematu polegającego na generowaniu kliknięć przekładających się na dużą ilość odsłon, co z kolei decyduje o widoczności reklam, z których czerpią zyski. W ich interesie leży zatem sztuczne tworzenie jak największego ruchu.

Kolejnym odkryciem dokonanym przez zespół autora „Nowego autorytaryzmu” jest stwierdzenie, jakoby nie było powrotu do przeszłości. Mieszkańcy Miastka spostrzegli, że wreszcie pojawiła się polityczna siła wyrażająca ich poglądy, ambicje i aspiracje. Przez 25 lat słyszeli, że ich kraju nie stać na wprowadzenie choćby namiastki programów socjalnych, którymi mieszkańcy Zachodu cieszą się od kilku już dekad. Żyd i Niemiec nie jest zły, ale reparacje jednak by się przydały. Ta sędziowska klika nie wymierza sprawiedliwości, tylko dba sama o siebie. Zdegenerowana warszawka rozbija się luksusowymi samochodami, a u nas zlikwidowali ostatnie połączenie autobusowe. Wbrew pozorom nie są to żale bezpodstawne, do tej pory nie istniała jednak ich polityczna reprezentacja. Ludzie korzystający z lokalnych PKS-ów to także elektorat, dlaczego mieliby być pomijani? Przemoc symboliczna ze strony klasy średniej i wyższej sterujących głównymi mediami sprawiała, że przez wiele lat jej ofiary postrzegały swoje interesy jako zbieżne. Koniec końców okazało się, że poprawiło się wszystkim, ale niektórym poprawiło się po wielokroć. Jak to się stało? I co z tym zrobić? Czyżby w ten sposób działały „nieugięte prawa ekonomii” i jedynym wyjściem jest „wzięcie kredytu i znalezienie innej pracy”? Wyczucia nastrojów, swoistej łączności z elektoratem zabrakło politykom ze wszystkich partii, ale tym z PiS-u jakby mniej: trafnie zdiagnozowali, a następnie wykorzystali ludzkie tęsknoty.

Książka prezentująca wyniki socjologicznych badań mieszkańców Miastka na Mazowszu jest mocną kandydatką na najważniejszą książkę roku. Ma skromną objętość, za to porażającą zawartość merytoryczną. Czytając „Nowy autorytaryzm” można odnieść wrażenie, iż obok siebie istnieje kilka przeplatających się wzajemnie światów równoległych, jednak polityczną reprezentacją objęte były do niedawna tylko niektóre z nich. Oczy zdecydowanej większości polityków, komentatorów i dziennikarzy były szeroko zamknięte, nie dostrzegali otaczającej ich rzeczywistości, dostępnej na wyciągnięcie ręki. Aż pojawił się lider, przywódca, mąż opatrznościowy, który trzyma swe oczy szeroko otwarte.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s