[Recenzja] Na własne życzenie

„Na misji – życie na linii frontu amerykańskiej dyplomacji”, Christopher R. Hill, Agora, Warszawa 2018

Recenzja ukazała się drukiem w majowym numerze miesięcznika „Nowe Książki” (5/2018)

Wielu ludzi przekonanych jest o tym, że bycie politykiem reprezentującym swój kraj za granicą to praca lekka, łatwa i przyjemna. Delikwent poleci klasą biznes za granicę, na miejscu będzie mieszkał w okazałej willi z ogrodem, jeździł luksusowymi limuzynami prowadzonymi przez prywatnych kierowców, od czasu do czasu pokaże się w mediach wygłaszając oczywiste slogany o strategicznym partnerstwie i przyjaźni łączącej oba kraje, uściśnie ręce komu trzeba. Nowa książka Christophera R. Hilla, członka służby zagranicznej jednego z najpotężniejszych mocarstw na świecie, pokazuje, jak dalece od masowych wyobrażeń odbiega życie człowieka pracującego w służbie Stanom Zjednoczonym. 

20180709_154912Autor od lat zajmuje odpowiedzialne posady w amerykańskiej administracji. Przez cztery lata (2000-2004) pełnił obowiązki ambasadora w Polsce, wcześniej zajmował się negocjowaniem warunków układu z Dayton kończącego wojnę w Bośni. Jego kariera w amerykańskim Departamencie Stanu, odpowiedniku polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zaczęła się jednak wiele lat wcześniej. W swojej książce, będącej pewnego rodzaju pamiętnikiem, zabiera czytelników w drogę, którą sam przebył, od lat dziecięcych aż po rok 2013, kiedy osiadł na Uniwersytecie w Denver. Była to droga trudna, kręta, wymagająca wysokich zdolności adaptacyjnych, lecz nade wszystko podróż ta odbywała się w zbyt szybkim dla większości ludzi tempie. Tempie, które zapewne negatywnie wpływa na rodzinę – niełatwo słucha się swojej córki mówiącej o odczuwanej z ojca dumie, przy jednoczesnym stwierdzeniu, że zrujnował jej życie.

Wystarczy powiedzieć, że mały Chris – jako syn dyplomaty – swoje dzieciństwo spędził w rozjazdach. Lata sześćdziesiąte znał z placówki w Belgradzie, która została zniszczona w czasie protestów przeciwko amerykańskiej polityce w Kongu: lewicowy prezydent Patrice Lumumba zginął za sprawą CIA. Szokujący dla dziecka musi być widok własnego domu, który jeszcze rano, przed wyjazdem na lekcje, stał nienaruszony. Podobną sytuację dorosły już ambasador Hill przeżył w Skopje, stolicy Macedonii, gdzie protestujący przeciwko bombardowaniom Serbii wdarli się na teren amerykańskiej ambasady, podpalili samochody i zdemolowali jej teren. Po ponad dwóch latach, w maju 1963 roku, mały Chris razem z rodzicami przeniósł się na Haiti, gdzie François Duvalier właśnie ogłosił się dożywotnim prezydentem. Kolejne etapy kariery wydają się przebiegać modelowo – w 1974 roku przyszły ambasador rozpoczyna wolontariat w Korpusie Pokoju w Kamerunie, by trzy lata później zdać wymagające egzaminy i zostać członkiem Foreign Service. W wieku 25 lat Hill pełni funkcję attaché handlowego w – jakżeby inaczej – Belgradzie, gdzie stanowisko ambasadora piastuje Lawrence S. Eagleburger, człowiek niebojący się sprzeciwić nawet prezydentowi Carterowi. Wielokrotnie w czasie narad wspominał, że „drażni go ta bezdenna głupota”, którym to sformułowaniem opisywał przywiązanie Jimmiego Cartera do praw człowieka. Drugą placówką autora była Warszawa, dokąd trafił w lipcu 1983 roku razem ze swoją ciężarną żoną i synem. Jednak pierwsza wizyta w Polsce sprawiła, że z utęsknieniem czekał na przeniesienie do Korei Południowej, gdzie pojawił się w roku 1985. Styl życia polegający na ciągłym przemieszczaniu się może zniszczyć każdego, lecz ambasador Hill wydaje się być ulepiony z innej gliny. Gdy w Europie Środkowo-Wschodniej opadła tempo przemian, a sytuacja zaczęła się powoli klarować, szukał „miejsca, w którym zaczynało się coś dziać, podobnie jak w Polsce lat 80. Takim państwem była Albania”. W ten sposób w roku 1991 przenosi się w sam środek regionu, który wystawia na próbę jego wiedzę, umiejętności i kompetencje miękkie. Jednak nie samymi „miękkimi” przymiotami dyplomacja żyje, przydaje się także hard power w postaci bombardowań. Warto zwrócić uwagę, że poglądy autora różnią się znacznie od zapatrywań agresywnych neokonserwatystów, z którymi w książce obchodzi się dosyć szorstko.

Christopher Hill nie zwalnia tempa. W 1996 roku zostaje mianowany pierwszym ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Macedonii, nazywanej wtedy FYROM – Former Yugoslav Republic of Macedonia. Oczywiście obywatelom Macedonii nie podoba się nazywanie ich kraju w ten sposób, toteż świeżo mianowany ambasador początkowo kluczy między roszczeniami Greków a żądaniami Macedończyków i używa sformułowania „wasz piękny kraj”. Po intensywnych trzech latach służby, ratowania spójności (a może istnienia) NATO, narażania życia, wchodzenia w san  środek rozwścieczonego tłumu oraz odwiedzania partyzantów pośród lasów i gór w sierpniu 1999 roku kończy swoją pracę w tym kraju i w roku 2000 wraca do warszawy, tym razem już jako ambasador.

Niestety, praca w stolicy Polski nie była pozbawiona skrajnie trudnych chwil. Pamiętne zamachy z 11 września 2001 roku, wojna w Iraku i Afganistanie, ochłodzenie relacji USA-Europa, czy wejście Polski do Unii Europejskiej to tylko niektóre z wielu „atrakcji”, z którymi przyszło mierzyć się autorowi. W tym miejscu należy poświęcić kilka zdań n wspomnienia pana ambasadora. Już w roku 2000 widział on bowiem, że „region Europy Środkowej zaczęła ogarniać nowa fala nacjonalizmu. Znaczna część ludności Polski mieszkała na wsi i była niezadowolona, kraj ten wydawał się więc pierwszorzędnym do złapania wspomnianej nowej choroby. Już wcześniej, w latach 30. XX wieku, po mniej więcej dekadzie demokracji, Polska poddała się dyktaturze. Teraz oceniano, że z grona wszystkich od niedawna demokratycznych krajów północnej części obszaru dawnego bloku wschodniego Polska ma najmniejsze szanse na sukces”. Także amerykańscy neokonserwatyści, tak hołubieni przez rodzimych polityków, nie dawali chwili wytchnienia. Po odrzuceniu przez Paula Wolfowitza polskiej propozycji mówiącej o chęci dołączenia do programu Joint Strike Fighter (do czego wstępem miało być wybranie amerykańskich F-16 na podstawowy samolot polskich sił powietrznych) amerykańska ambasada miała pełne ręce roboty.

W czerwcu 2004 roku następuje kolejna zmiana: ambasador Hill przenosi się na placówkę do Korei Południowej, gdzie „naprawiliśmy nadwerężone stosunki (…), których stan zagrażał jakości naszego sojuszu”. Kwiecień 2009 roku obfituje w kolejne wyzwania: obejmuje ambasadę w Iraku, której budowa kosztowała około 500 milionów dolarów. Zawrotne tempo życia wyhamowuje znacznie po sierpniu 2010. W epilogu autor opisuje pokrótce dalsze losy jego przyjaciół i krajów, w których miał okazję budować amerykańskie wpływy.

Lektura pozostawia mieszane wrażenia. Z perspektywy miro dowiadujemy się, na jakich zasadach działa dyplomacja Stanów Zjednoczonych, zarówno w Waszyngtonie, jak i na placówkach. Razem z autorem zagłębiamy się w procedury i zwyczaje obowiązujące w Departamencie Stanu, poznajemy na co dzień niewidoczny świat trudnych negocjacji o wielkie stawki (w tym życie setek tysięcy ludzi), podczas których żadna z zaangażowanych stron nie ma skrupułów. Książka obfituje w dużą ilość czasami zbyt rozległych „opisów przyrody”, lecz autor cechuje się takim stylem prowadzenia narracji. Perspektywa makro jest jednak znacznie bardziej interesująca. Wiemy już, że Fukuyama mylił się pisząc o „końcu historii”, jednostronna dominacja Stanów Zjednoczonych na naszych oczach zmienia się w świat wielobiegunowy. Swoje aspiracje w widoczny sposób artykułują już Rosja, Chiny czy Indie, co stanowi odwrócenie ról, jakie pełniły te kraje w momencie negocjowania z Koreą Północną zawieszenia jej programu atomowego. Wtedy dyplomaci rosyjscy i chińscy byli jedynie tłem, przejmowali inicjatywę raczej rzadziej niż częściej. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek rokowania pokojowe czy gospodarcze bez aktywnego udziału przedstawicieli tych państw. Książka ambasadora Hilla zdaje się być dobrym zaczątkiem do rozważań na temat erozji amerykańskiego przywództwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s