[Recenzja] Największe kłamstwo świata

Jean Ziegler, Szwajcaria, złoto i ofiary, KiP, Warszawa 2016

Recenzja ukazała się drukiem w czerwcowym numerze miesięcznika „Nowe Książki” (6/2017)

Książka Jeana Zieglera zaczyna się od opisu skandalu – jak się później okazuje jednego z wielu. Otóż w 1996 roku demokratycznie wybrani politycy w kraju słynącym z szerokiego stosowania modelu „demokracji bezpośredniej” w ostatniej chwili odwołali debatę na temat zaangażowania Szwajcarii w proceder prania brudnych pieniędzy pochodzących od nazistów. 

IMG_20170606_171422

Reprezentanci większości światowych mediów byli zdegustowani: jak tak można? Czy opinii społecznej nie należy się garść wyjaśnień? Traf jednak chciał, amerykański Senat był podobnego zdania i w tym samym roku przegłosował rezolucję żądającą wyjaśnienia wszystkich – w tym finansowych – okoliczności drugiej wojny światowej. Pod aktem prawnym, tworzącym aparat poszukiwawczy i – co równie ważne – otwierającym tajne dotąd archiwa, nieprzypadkowo widnieje podpis Billa Clintona: był on pierwszym prezydentem USA nieposiadającym konta bankowego w Szwajcarii.

Od 1941 roku szwajcarscy politycy doskonale wiedzieli, w jaki sposób Niemcy pozyskiwali dostarczane im złoto, mimo to współpracowali z nimi bez skrupułów. Ich nadzwyczajna usłużność względem hitlerowskich bandytów wykraczała dalece poza usługi finansowe. Już w momencie napadnięcia na Polskę Rzesza stała na skraju bankructwa, a w kwestii surowców naturalnych była zależna od zagranicy. Hitler nie mógł pokrywać rachunków markami, pozostawały mu jedynie płatności dokonywane w złocie, którego miał niewiele, bądź za pomocą dewiz, których nie posiadał w ogóle. Podbijając kraje Beneluksu i Norwegię, zdobył pokaźny łup, który musiał być wprowadzony do obiegu gospodarczego przez kogoś wiarygodnego. Szwajcaria nadawała się do tej niewdzięcznej roli wprost znakomicie.

Obok barwnych, niekiedy makabrycznych, opisów dotyczących logistycznych aspektów helweckiej służalczości, książka analizuje również mentalność szwajcarskiej klasy politycznej lat 1933-1944. To właśnie ta „miękka” jej część jest nadzwyczaj ciekawa, albowiem autor – Szwajcar z krwi i kości – dokonuje w niej niejako introspekcji społeczeństwa. Jak nietrudno się domyśleć – nadzwyczaj krytycznej. Czy możliwe, aby szanowany szwajcarski prawnik i wykładowca uniwersytecki, demokrata, antyfaszysta, przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża nie widział nic zdrożnego w kierowaniu firmą zbrojeniową produkującą dla nazistów działka przeciwlotnicze czy prezesowaniu międzynarodowej spółce korzystającej z niewolniczej pracy Ukraińców przejętych bezpośrednio od SS? Aby zrozumieć brak dysonansu musimy cofnąć się do XVI wieku.

W 1598 roku Henryk IV, protestant, wprowadził we Francji edykt o tolerancji religijnej, kończąc tym samym okres wojen religijnych. Protestantom zostało przyznanych 100 relatywnie bezpiecznych oaz (miast, zamków, pałaców), które chronił autorytet króla. Kilka pokoleń później, Ludwik XIV poszedł w przeciwną stronę: katolicyzm był dla niego ideologią integrującą społeczeństwo i zapobiegającą rozpadowi kraju. Zrównał z ziemią bezpieczne dotąd protestanckie enklawy. Sami hugenoci – jako grupa społeczna – zdążyli jednak okrzepnąć i przeistoczyć się w bogatą burżuazję, toteż ci z nich, którzy uniknęli prześladowań Ludwika XIV, uciekli do państw-miast o nazwach Genewa, Zurych czy Bazylea. Przenosili też swoje majątki, lecz robili to w głębokiej konspiracji, bojąc się szpiegów Ludwika. Ta ideologia i zarazem postawa są zakorzenione w szwajcarskim społeczeństwie po dziś dzień, milczenie oraz daleko posunięta dyskrecja należą do najwyższych wartości. Ziegler zauważa, że pluralistyczna szwajcarska kultura nie istnieje, a patrzenie na kraj jako państwo wielonarodowe jest błędem. „To co istnieje, to cztery prawdziwe kultury (retroromańska, romańska, alemańska i włoska), które współistnieją obok siebie na niewielkiej przestrzeni, jednakże właściciela winnicy znad Jeziora Genewskiego, hodowcę owiec z Uri, radcę prawnego z Lugano i mnicha z Sankt Gallen dzielą prawdziwe lata świetlne”. Ludzie reprezentujący te kultury „nie żyją razem ze sobą, lecz obok siebie, ignorując się i tolerując nawzajem”. W sferze symbolicznej Szwajcaria jest zatem nie państwem, ale wspólnotą obronną, którą chronią przed rozpadem czynniki zewnętrzne – obcy.

Należy pamiętać, że Konfederacja Szwajcarska powstała wskutek zapoczątkowanego w XII wieku, trwającego aż do wieku XIX konsekwentnego procesu jednoczenia osobnych regionów, dolin, wolnych miast i zbuntowanych gmin. W każdej epoce Szwajcarzy postępowali dokładnie odwrotnie niż kraje sąsiednie: gdy w Europie powstawały monarchie feudalne, oni budowali niezależne państwa chłopskie. Gdy w XIX wieku formowały się suwerenne i scentralizowane państwa narodowe, Szwajcarzy stworzyli państwo feudalne. Echa tych działań pobrzmiewają do dziś: federacja sprawuje władzę tylko w określonych w konstytucji dziedzinach, natomiast kantonom pozostawiono kwestie podatkowe, szkolnictwo, wymiar sprawiedliwości. Każdy kanton ma swój rząd i parlament wybierany w wyborach. Naród rozumiany jest jako związek między ludami w dużej mierze niezależnymi, posiadającymi własne języki, kulturę, historię i religię. Łączy je konfederacja, do której wstęp był dobrowolny, a która swą jedność motywuje wspólną obroną. Jean Ziegler tak tłumaczy fenomen szwajcarskiej „demokracji”: burżuazja u władzy, której trzon stanowi oligarchia finansowa, stworzyła system fikcyjnej jednomyślności i pseudorówności. Demokracja rozumiana jest jako wygłaszanie opinii, które nie podważają fundamentalnych struktur systemu – hegemonii oligarchii. Inne działania uważane są za niedemokratyczne. Właśnie temu służyła cenzura mediów w latach 1940-1945. Stratyfikacja społeczna jest taka sama od 1814 roku, kiedy Napoleon opuścił Genewę: „Te same siatki finansowe, te same rodziny, taka sama mentalność. (…) Wszędzie na kontynencie europejskim systemy władzy załamywały się, kształtowały się przy tym nowe warstwy społeczne. Nic takiego nie miało miejsca w Szwajcarii (…), nie było najdrobniejszego zachwiania hierarchii”.

Autor stawia odważne tezy – bankierów nazywa „gnomami” i „paserami”, obecnej potęgi sektora finansowego upatruje w krociowych zyskach osiąganych ze współpracy z nazistami, a „dzisiejsi klienci [banków] nie nazywają się już Hitler, Himmler, Göring czy Ribbentrop, lecz Mobutu, Ceausescu, Hussein, Noriega, Suharto czy Karadzić”. Profity uzyskiwane na obracaniu zasobami podejrzanych indywiduów pozwoliły stworzyć drugie najbogatsze społeczeństwo na świecie, pozbawione jednakowoż jakichkolwiek zasobów naturalnych. Ale czym jest wyłapywanie uciekających Żydów, bezlitosne szukanie kruczków prawnych pomagających w wydawaniu ich esesmanom i nacjonalizowanie ich majątków zdeponowanych w bankach wobec ton skonfiskowanych kosztowności czy obrazów sprzedawanych – już jako legalne – przez galerie w Bazylei na rzecz Göringa czy Himmlera? Czyż właśnie nie w taki sposób zapewnia się bezpieczeństwo swojego kraju? Legenda narodowa mówi jednak coś innego: Hitler nie odważył się zaatakować Szwajcarii, ponieważ bał się „jej potężnej armii gotowej do poniesienia najwyższej ofiary”. Wydawać by się mogło, że ówczesna klasa polityczna nie miała wyboru, podjęła współpracę, stojąc nad krawędzią przepaści, lecz te archiwa, które nie zostały przez szwajcarską administrację zniszczone, mówią coś innego. Zakres kooperacji z nazistowskim reżimem wychodził daleko poza czyny mające na celu minimalizowanie strat własnych. Szwajcarii udało się uniknąć wojennej zawieruchy dzięki „żywemu, zaangażowanemu i zorganizowanemu współdziałaniu z III Rzeszą”.

Dla autora szczególnie bolesny jest fakt, że społeczeństwo do dzisiaj nie chce rozliczyć się ze swoją przeszłością. Politycy, bankierzy i urzędnicy różnego szczebla cały czas wykazują nadzwyczajną solidarność i zadziwiającą konsekwencję w zaprzeczaniu i zniekształcaniu obrazu sytuacji. Jeśli w ogóle podejmują współpracę z wymiarem sprawiedliwości i międzynarodowymi komisjami, czynią to w jednym celu: ugrać jak najwięcej na korzyść swojego kraju. Nie przyznawać się do niczego, co nie jest już powszechnie znane, podważać międzynarodowe ustalenia, przeciągać sprawę w nieskończoność, zasłaniać się legendarną „neutralnością”, a wszystkich którzy dostarczają wiarygodnych świadectw – jak nocny stróż, który wyniósł z banku niszczone dokumenty – skazywać na kary więzienia. Notabene, został on skazany w swoim kraju, ale razem z rodziną dostał schronienie w USA.

Jean Ziegler zadaje swoim rodakom trudne pytania z niemal sadystyczną satysfakcją, robi to jednak w słusznej sprawie. Gdyby nie okrucieństwa szwajcarskiej administracji wobec Żydów, trzeba by przyznać, że Helweci korzystnie dla siebie rozegrali trudną sytuację. Książka ta może służyć politykom za poradnik „jak przetrwać wojnę i nie zniszczyć własnego kraju”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s